-mikson’s pub-


“Happy! Happy! Everybody’s happy!”

Jako, że nasza 3.5-miesięczna pociecha wymaga ukształtowania jej niepokornego charakteru, zdecydowaliśmy się na wychowywanie bezstresowe. Rzecz z pozoru nietrudna okazała się bardziej skomplikowaną, niż można się było spodziewać. Pomijając cowieczorne napady nigdzieniewyzbytej energii - tzw. amoczki, niedoopanowania stały się niekontrolowane próby przejęcia władzy w domu. Małe, ledwo odrośnięte od ziemi stworzenie zapragnęło jeszcze więcej uwagi*, praw i jedzenia. Czego byśmy nie robili i tak wychodziliśmy z tego pokonani. Dlatego Rada Starszych zasiadła i zamyśliła, że trzeba udać się po pomoc. I tak co piątek ja, jako posłanka Rady, próbuję udowodnić swoją wyższość i pokazać, że na moją partię warto głosować. Spotkanie rozpoczyna się skupieniem na sobie uwagi i podetkaniem co lepszego smakołyka jako zapowiedzi (oczywiście) lepszej przyszłości. Następnie następuje seria przekonywań, próśb, nakazów, które czasem skutkują, czasem nie. Dziś dodatkowo polała się krew. W ramach zadośćuczynienia skróciłam spotkanie tłumacząc się złym samopoczuciem 3.5-miesiecznika. Malec ma prawo do tego, gdyż jest w okresie ząbkowania i ostre jak siekierki mleczaki są wymieniane na trwałe stałe.**

Jak ten czas leci.. Jedni dopiero poznają smaki ziemi (dosłownie i w przenośni), a inni wkraczają już w dorosłe życie. Ja na przykład dopiero dziś poczułam się dorosła, kiedy to pani pielęgniarka zrobiła mi ostatnie szczepienie jakie powinno mnie w życiu spotkać. Według swojej karty zdrowia jestem już dorosła.***

Pociecha:

My deer, tylko nie mów, że to jest jeden z tych śliczych piesków, co dzieci digartu wstawiają na profile.

__________

* nie wiem, czy można czemuś poświęcać więcej uwagi, niż my jej poświęcamy temu czemuś.
**
według mamy to nie jest pies, tylko morderca-gwałciciel z podwójnym rzędem zębów. Taki mały gwałcący rekinek.
***
według OKE także. Jej dyrektor podpisał moje świadectwo dojrzałości. Tzn. ktoś przybił pieczątkę z jego podpisem, ale co tam.

P.S. Zauroczona słucham tego. Jeszcze raz. Jeszcze raz. I jeszcze..


Daleko wciąż tak..

Sił mi brak. Po prostu sił mi brak. Cała odkładana gdzieś we wnętrzu energia uleciała wraz z pierwszą jaskółką. Idzie lato. Czas słońca i radości. A ja tego nie widzę. Wstaję rano i wiem jak ten dzień będzie wyglądać. Wstaję rano zmęczona. Sen nie przynosi wypoczynku. Jest jedynie chwilą, w której się nie myśli. Nie myśli o codzienności. Nie myśli o sporach, kłótniach, wymianach zdań, widzianych łzach, słyszanych słowach, świadomości niemożności przyniesienia pomocy. I stoisz między młotem i kowadłem. Kładziesz głowę pod gilotynę wtrącając zdanie lub dwa.

I czujesz, że jesteś sam.


Dodaję wpis.

Tym razem na parapecie okna oparłam mokrą, bolącą od napięć głowę. Zamknęłam mokre, bolące od napięć oczy i słuchałam odgłosów miasta nocą. Popatrzyłam przed siebie. Ujrzałam granatowe niebo z migoczącymi i ruszającymi się gwiazdami. Nie spadajacymi. Ruszającymi się. Chociaż jak się tak dłużej wpatrywałam to wydawało mi się, że spadają. Kuszą mocą spełniania życzeń. Chciałabym zasnąć pod takim niebem i obudzić się pod takim niebem. A potem.. Potem byłoby tak jak w tym śnie.. Tym o śniadaniu i szynce. [Zwłaszcza o szynce.]

.. Przyśniłeś mi się
I w tym śnie bez końca trwa maj ..

Siedzę tak i patrzę Nogi bezwstydnie oparłam o taboret. W głowie pojawia się dziwna, przerażająca myśl. Co by było, gdybym.. Wyobrażam sobie następny poranek i reakcje. Nie! To jakiś koszmar. Odganiam złe myśli i zbieram te neutralne. Koncentruję się na jasnym punkcie nade mną. Gdyby te gwiazdy zaczęły teraz spadać.. Co bym sobie pomyślała? Życzenie? Oczywiście. O ******, o ******, o *******, o ********* **********.. I jakieś tam pomniejsze. Przecież mam prawo. Nikt mi nie zabroni. Nawet te spadające-niespadające punkty. W tej chwili jestem ich jedyną właścicielką. Mój jest nawet ten samolot, co właśnie przeleciał nad głową, wprowadzajac nieco magenty w szarość Payna zmieszaną z ultramaryną. Albo jakimś cerulean blue hue.

.. Choć wieje, pada, grzmi
Pochmurne przyszły dni..

Rysuję słonie, pawie i koty. Mam też kolibra i sowę bez nóg. Małpa przyszła ukradkiem, a bocian to doprawdy nie wiem skąd. Złotawe dzyndzle dzyndzlują nad lewym uchem, a wiertaliot hartuje prawe. Podłoga śpi pod zwojami papierów, głośniki wciąż emitują to samo promieniowanie, a ja codziennie zasypiam z radiem w tle.

.. Czemu Cię nie ma na odległość ręki ..

Wycinam z gazet i wklejam tu kolejne litery..

..

And I’m underlined already in envy green
And pencil red
And I’ve forgotten what you’ve said
Will you stop working for the dead and return
Mr. curious well I need some inspiration
It’s my birthday and I cannot find no cause for celebration
The scenario is grave but I’ll be braver when you save me
From this situation laden with hearsay

..

Aha. I pamiętaj, że paw ma czubek na głowie.

.. and I cannot find no cause for celebration .


Ze sklepu wzięte.

Przychodzi staruszka do sklepu i mówi: Po raz pierwszy wyszłam w niedzielę do sklepu..
Ekspedientka: Kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Staruszka: Tak.. Dziś jest w końcu Dzień Dziecka - trzeba im coś kupić..
( po chwili ciszy )
.. Jest piwo w puszce??

I tak oto zamiast cukierkowych cukierków, landrynkowych landrynek, lalczanych lalek czy robotowych robotów ogół dziecięcy dostaje w podarkach napój z pewnością nie będący oranżadą.

Do czego to doszło.. ?!


Wszyscy mają marzenia! Mam i ja?

Każdy marzy. Marzysz Ty. Marzy ona. That lady is dreaming. And those children too. Even goldfish are dreaming. (I wish I had my own goldfish.) Marzenia są od zawsze. Niby coś naturalnego, a ja się boję. I nie chcę. Bo rzeczywistość zupełnie inna.

Dostałam smsa. Ona marzy o nich, o sobie i o nim, marzy też o tym, co związane ze mną. Przystojny Włoch i małe włoskie dzieci z kręconymi włosami, wołające “Mamma Mi(k)a!!”. Włosko-polski dizajn. Made in Italy. Bo przecież życie bez marzeń byłoby takie nieciekawe. A ja się boję. Kiedyś nie - teraz tak. Czasem to jest jednak silniejsze. Siadam wtedy w fotelu, otwieram okno, opieram stopy o framugę okna, puszczam głośno muzykę i myślę, piszę w głowie niezrealizowane scenariusze, obsadzając siebie raz w roli głównej, raz drugoplanowej..

Świat należy do ludzi, którzy mają odwagę marzyć i ryzykować, aby spełniać swoje marzenia. I starają sie robić to jak najlepiej.

P.C.

Nigdzie jednak nie jest napisane, jak najlepiej marzyć. Ile łyżeczek tego, ile tamtego. Szczypta realizmu? Czy może przeciwnie - cały worek? Wymieszać czy zagotować? A może tylko wstrząsnąć? No i do cholery, gdzie kupować składniki?!

Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki.

P.Z.

No dobrze. Powoli odpływam w sen. W snach marzenia. Senne marzenia. W marzeniach.. W marzeniach swoista Nibylandia. Jak u J.M.Barrie’ego. Wczoraj śnił mi się ślub koleżanki. Wszyscy byliśmy ubrani w jakieś zwiewne, długie, białe lniane szaty. Dźwig unosił mój dom - po drugiej strony ulicy. Zamiast drewnianych desek schodowych na strych były spróchniałe, poniszczone desczółki, po których weszłam do zagruzowanego pokoju. Był tez jakiś meżczyzna. Hm. No i te lniane szaty. Dziady cz. II jak słowo daję.

No nic. Dziwnie się dzisiejszy wpis rozwinął. Nieprzewidywalnie. W każdym razie, to, co uznaję za konkluzję dzisiejszych, nocnych, niezmiernie inteligentnych rozważań, żeby nie napisać, dywagacji samej ze sobą, to stwierdzenie, że od dziś:

‘niebieskie migdały: MODE ON’

O. I kropka.

[..??]


Jedno i to samo drzewo…

Spotkanie klasowe. Spotkanie po latach. Zaczynają od grobu wychowawczyni. Dobrze? Nie wiem. Nie mam zamiaru ani ochoty osądzać. Potem dojazd nad jezioro. Wszyscy usmiechnięci i radośni. Pod warstwami dodatkowych zmarszczek, i warstw “ciałka” rozpoznają niewidziane od iluśnastu-iluśdziesięciu lat osoby. Jest też Pani Profesor. Również zmieniona. Ale to przecież zupełnie normalne.

Wśród dymu papierosów, chlupotu piwa, stukotu kieliszków i lanej wódki powracają dawne sprawy, zdarzenia, słowa.. Niektórzy coś zapomnieli - to ci inni im przypominają. Ale, ale. Na samym początku każdy miał powiedzieć, co się zmieniło w jego życiu od ostatniego spotkania. Rozwód. Dzieci. Syn robiący karierę we Włoszech. Matura córki. Narodziny wnuków. Taak. Niemal połowa z nich jest już babcią czy dziadkiem. [Druga połowa to ci, którzy samotni i - mój ojciec.] Rozmowy, rozmowy, wspomnienia, wspomnienia. I tak całą noc.

Przyjeżdżam rano. Słyszę głosy. Lekko zirytowana, ale idę i witam się. Poznaję pana, który ma -tam- znajomych rektorów. Trzeba trzeba. Poznaję, rozmawiam, słucham. Widzę ich wszystkich lekko wstawionych i niewyspanych po nocnych rozprawach. Dowiaduję się, że jak na dizajn to do Włoch. Tam jest nauka. Postanawiam. Jeśli Bóg da - wyjadę. Podchodzę do mego oćca.

- Słuchasz tego radia?
- Tak.
- Słuchasz czasem tego pana?
- Tak.
- No to właśnie możesz go poznać.

Podaję rękę owemu „staremu zbereźnikowi”. Zostaje ona podniesiona do ust i „szarmacko” pocałowana, ale nie w dłoń, lekko w nadgarstek. Taak. Nie wiem co zrobić. Za to dostaję radiowy gadżet. Odchodzę po chwili w bezpieczne miejsce.

Idę na molo. Widzę mnóstwo ryb. Chcę się znaleźć w chłodnej, czystej wodzie.. Chcę popłynąć i nie dać się złapać. Chcę móc nie musieć. Chcę, chcę, chcę. Jednocześnie myślę, jakim poświęceniem byłby taki wyjazd. Tyle wydatków. I byłabym pozostawiona sama sobie. Ale może to i dobrze? Byłaby to też szansa na odwdzięczenie się. A tego też przecież chcę. Nic. Trzeba poczekać. Poczekam. Skoro nie mam innego celu, to czy z czegoś, co kiedyś było nie do pomyślenia, nie zrobić właśnie tego jednego, konkretnego?

Wracam, wyciągam rodzica niemal siłą. Nie rozumiem, czemu tak wcześnie kazał mi po siebie przyjechać. Jadąc po drodze, w wygodnym samochodzie, z facetem na wpół zrozumiale relacjonującym minione godziny i czując niemal wiatr we włosach zastanawiam się czy za kilka-kilkanaście-kilkadziesiąt lat, po podobnym spotkaniu nie zapytam siebie samej “Co się stało z naszą klasą?!”. Bo przecież wówczas wszystko będzie już jasne..

Już nie chłopcy, lecz mężczyźni. Już kobiety, nie dziewczyny
Młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej winy
Wszyscy są odpowiedzialni, wszyscy mają w życiu cele
Wszyscy w miarę są normalni, ale przecież to niewiele..

(…)


Miszung.

Już nie czekam
Już nie trwonię mych dni na żal
Jestem pewna
Trzeźwym okiem dziś widzę jak
Każdy z nas robi błąd
Czeka aż przyjdzie ktoś
Kto wypełni nasz świat
Każdy z nas cierpi, bo
Wierzy, że przyjdzie ktoś
Kto ukoi nasz strach (…)

K.K. “Antidotum”

Już nie.

Czasem czuję się wyalienowana.

Albo pozostawiona sama sobie. I to w momentach, kiedy najmniej tego potrzebuję. Siedzi człowiek i myśli. Zatapia się w rozważaniach typu co by było, gdyby. Szuka odpowiedzi. Myśli, zastanawia się, zadaje pytania bez odpowiedzi. W głowie układa całe scenariusze.

Jedynie ludzie o zdrowych zmysłach wariują.

S.J.L.

Czasem tak mam. Pokrzyczę sobie niemo na kogoś, wygarnę mu wszystko to, co mi leży pod skórą, krzywo popatrzę, a na koniec pokażę język. Równocześnie robię zazwyczaj coś paradoksalnie prostego. Sprzątam, układam, idę, szukam. I kiedy kończę, złość mi przechodzi. Krzyk pozostał w głowie, ja jestem spokojniejsza, a mój rozmówca - ten okrzyczany - kończy jeść śniadanie.

Śniła mi się we śnie rzeczywistość. Z jaką ulgą się obudziłem.

S.J.L.

Moje sny są zawsze nierzeczywiste. Mam na myśli takie zupełnie nie odnoszące się do tego, co i jak jest w rzeczywistości. Nierealne spotkania. Dziwne zachowania. I huśtawka. Albo poślizgnięcie nogi. Albo.. I wtedy się zbuntowałam. Zawolałam: DOSYć!!!! OBUDź SIę NATYCHMIAST!!! No i się obudziłam. Zbyt piękne sny nie mogą mieć racji bytu. Nie chciałam. Bo to, co się śni, nigdy mi się nie sprawdza. Bo rano przychodzi świadomość - to sen.

Cholernie trudno jest zasnąć po tym, jak się samemu przerwało swój sen.

Na szczęście potem już żadnego nie ma.

Najbardziej odczujesz brak jakiejś osoby, kiedy będziesz siedział obok niej i będziesz wiedział, że ona nigdy nie będzie Twoja.

G.G.M.

Siedziałam sama i dotarło do mnie, że zostałam tylko ja. Reszta - nie jest pojedyncza. Co chwilę dwie niewiadome stają się jedną.

Czasem czuję, jakby niechęć. Wstręt. Przesyt. Żal?

Nie.

Żal to za tym, co było 12 lat temu.

Trzeba czasem mówić do kobiety zgodnie z jej kobiecością, a to jest tak, jakby mówić do wariata zgodnie z jego obłędem.

G.B.S.


Kulturalne rozmowy nocą.

3027*** 2:24:56
hey ; )
3027*** 2:25:00
jestes z gliwic ??
mikson 2:25:20
Nie, z kosmosu.
3027*** 2:25:37
jestem michał ; )
3027*** 2:25:41
masz ochote poklikać ?? : P
mikson 2:26:07
Tak, poklikam sobie długopisem, a bo co?
3027*** 2:26:26
czemu nie spisz o tak pozniej porze ??
mikson 2:26:41
Bo zjadam małe dzieci.

I w tym momencie mnie kulturalnie zablokował.

Ale no sami powiedzcie.. Napisałam coś nie tak?!


Tschess.

“SZACHY”

Mój kumpel, tępy i złośliwy jak sto mułów, przynosi stalową szachownicę i pyta - Grasz? - Cha, cha, znam ten kawał. Wiem, że w miarę gry moje figury rozpalają się do białości. Już przy trzecim ruchu będą syczeć przy dotknięciu i zwęglać naskórek. Ale gram, oczywiście, że gram.
Szach, garde, szach. Tracę dwa konie i wieżę, a palce dymią mi jak fabryka. Próbuję przesunąć piona paznokciem, ale napotkawszy ironiczne spojrzenie partnera zaniechuję tego. Partner jest zresztą wspaniałomyślny.- Stracisz królówkę - ostrzega - cofnij ten ruch. - W ten sposób pomnaża się moja tortura.
Gdy bije mi drugą wieżę, mam ochotę się poddać, zaprzestać tej idiotycznej udręki. Ale przecież on się odsłonił. Więc krzywiąc się z bólu, znów robię jakiś ruch fatalny. - Hi hi - rechocze mój tępy kumpel- tak jak w życiu. - Na lepszy dowcip go nie stać, to już końcówka. Ostatnim oparzeniem przesuwam króla na miejsce mata nieodwołalnego.
Kumpel rechocze i zgarnia szachy.
Wtedy ja wołam: - Teraz rewanż.

***

I tak wołajmy za każdym razem. Nieważne jak bardzo będziemy mieć poparzone palce. Rewanż zawsze się należy. A i porechotać jest całkiem miło. Tak jak miło jest poczuć chłód figur zgrabnie naprowadzających się na właściwe miejsce na szachownicy. Nieważne jak bardzo zwęglony naskórek. Trzeba grać. Grać. Grać. Słyszycie?! Grać! Za każdym razem wołać TERAZ REWANŻ! I co robić? Grać.

Bo wygrać nie można tylko ze Śmiercią. Prawda Ingmar?

***

Tekst “Szachy” Andrzeja Bursy. Link.


Czy to życie, mamo?

To, co było już nigdy nie wróci. Miniona chwila już na zawsze pozostanie minioną. Mogą być podobne do niej, ale nigdy takie same. Nie da się nic zrobić, by zatrzymać. Wciąż biegnie. Fakt, będa nowe, inne.. To od nas zależy czy bedą warte zapamiętania, czy nie. Ale co zrobić, gdy żal za tą minioną jest tak ogromny, że pęka Ci serce? Gdy wiesz, że coś utraciłeś i, że nic nie jest w stanie Ci tego zwrócić? Gdy nie wiesz dlaczego, z jakiego powodu i na skutek czego. Jedyne, co masz, to dwa zdjęcia i jeden film, upamiętniające to.. To.. To, co wyciska Ci łzy z oczu i powoduje ścisk gardła. Zamazuje litery na monitorze i moczy rękawy. Bo widzisz jaki byłeś szczęśliwy. A potem patrzysz w lustro i widzisz to, co jest teraz..

Boże.. Dlaczego w życiu piękne są tylko chwile?