Ajj… Duża przerwa w pisaniu. Ale jakoś ostatnio nie mam ochoty czy też czasu na to. Niestety. Bo kiedyś to była taka ogromna satysfakcja z pisaniny. No nic, życie.
A ostatnio marzy mi się dokładnie takie miejsce..
Ajj… Duża przerwa w pisaniu. Ale jakoś ostatnio nie mam ochoty czy też czasu na to. Niestety. Bo kiedyś to była taka ogromna satysfakcja z pisaniny. No nic, życie.
A ostatnio marzy mi się dokładnie takie miejsce..
W uczelnianym tempie życia nie ma miejsca na zmartwienia, smutki czy zapadki emocjonalne. Przynajmniej tak własnie było dotychczas. Ale jak to w moim życiu bywa, wszystko się zmienia, skręca i wypluwa. Obecnie jestem w jakimś takim dziwnym stanie umysłowo emocjonalnym, że nie wiem już co się ze mną czasem dzieje.
Codzienne jeżdżenie do Katowic robi swoje i moja zdolność percepcji czegokolwiek jest nieco obniżona. Jazda 34 km w jedną stronę i 34 km w drugą (plus dojazd na autostradę) staje się w końcu automatyczna.. Co jest złe! Bo pieczarki wysrastają czasem jak po deszczu..
Zajęcia fajne. Ludzie fajni. Atmosfera fajna. Wybijające korki super. Robotnicy fajni. Ogólnie fajnie. Pracuję, projektuję, wymyslam, kombinuję. Jeszcze więcej kombinuję. Czasem się z kimś spotkam, kogoś nowego poznam.. I jest.. Fajnie.
I ogólnie. Dużo się dzieje. I jest jeszcze fajniej.
Dobranoc.
Chcę wkładać stopy w białą farbę.
Chcę zostawiać świeże ślady na podłodze.
Chcę by mój cień podążał za mną, śledził mnie i dopadał za rogiem.
Zerwały mi się moje perły. Z każdą kolejną spadały – moja miłość, wiara, pewność siebie i wola walki. Z każdym kolejnym uderzeniem o podłogę umierała we mnie iskierka tego, co miało umrzeć ostatnie. Stałam bezradnie z opuszczonymi ramionami czekając, aż ktoś przybiegnie i uratuje choć kilka ostatnich pereł. Kiedy nikt nie nadszedł, z oczu zaczęły lecieć łzy. Łzy bezsilności i zarazem wściekłości. Za tym sznurem pereł, co się zerwał i za nadzieją, co umierała ostatnia.
Chcę nieswoich dni.
Chcę nieswoich chwil.
Chcę nieswoich myśli.
Chcę nieswoich.. Tak. Tego też.
____________
A co mam?
Wiele.
Nic.
Zdarzyło mi się dziś coś wybitnie dziwnego. Było to tak niesamowite przeżycie, że aż muszę gdzieś to napisać. Taka wiecie, inner need. Bo nie chodzi tu o to, że chcę podbudować swoje ego czy może się czymkolwiek chwalić. O ile w ogóle w tym wypadku byłoby czym.. Nie. Jest to dowód na to, że mój mózg najwyraźniej zdecydował się ewoluować. Przejść na wyższy stopień.. wtajemniczenia. Bo to było tak, że..
Stwierdziłam dziś bardzo rozsądnie, że wezmę prysznic wcześniej niż zwykle, czyli nie o godzinie 01:30, ale 21:10. Nie wahałam się zbyt długo. Poszłam. Zamknęłam za sobą drzwi. Popatrzyłam w lustro. Zobaczyłam siebie. Ale jakąś inną. Pomyślałam, “Jesteś jakaś inna.”. Spojrzałam znów i dalej widziałam to samo. Zaintrygowana obróciłam się bokiem. Za cholerę nie chciało być inaczej. Zmyłam lekki makijaż, ale, kurdefiołki, zmian brak! Rozczesałam sobie nawet włosy, bo było najbardziej prawdopodobne, że właśnie to spowoduje, że mój stan wróci do normy. A tu co?! NICO! Stan sprzed dwóch minut. “Coś z Tobą jest nie tak, mikson..” – kolejna myśl zakwitła w mojej głowie niczym wyidealizowany przebiśnieg. Spięłam włosy, znów się obracam.. DO CHOLERY!! Teraz to już naprawdę siebie nie poznałam! Z moją twarzą naprawdę było źle. Jak z resztą i z całą mną.. Opalenizna na plecach i ramionach wciąż się utrzymywała, ale przecież to nie powód, żeby..
Rozpuszczam włosy, spinam, znów rozpuszczam. Nic.
Po wyjściu spod prysznica z zaciekawieniem zerkam w lustro. Zauważam, że jednak nie zmyłam dokładnie makijażu.. Ale dziwnym trafem zupełnie mi to nie przeszkadza. Po prostu, biorę – i poprawiam. Stoję tam jeszcze chwilę i w końcu dociera do mnie, co się ze mną dzieje..
Bo ja się śmiałam. Śmiałam szeczerze. Śmiałam z serca. Na mojej twarzy widniał promienny uśmiech, jakiego daaa aaaaaaaa aaaaaa-aaaaaaa aaaaaaaa-ijeszczetrochęaaaaa-awno nie było. Moja twarz promieniała ze szczęścia. Może nadmiernie wszystko wyolbrzymiam, ale w tamtej chwili naprawdę tak się czułam. Jakbym mogła przenosić góry. I jakby wszystko, co najlepsze było moje. Jakbym była bezgranicznie szczęśliwa, no!! Brakuje mi nawet słów na opisanie tego wszystkiego, co wtedy się we mnie stworzyło. A przecież tak naprawdę niewiele się wydarzyło. Zjadłam kilka kwaśnych żelek i mi odbiło. Odczytałam jedną wiadomość o 01:22 i spałam do 10:02.
A potem cały dzień byłam przeszczęśliwa.
EDIT: Po przeczytaniu tego wszystkiego jeszcze raz muszę was prosić o jedno: nie myślcie, że ja jestem głupiutka trzynastka.. (:P)
Są czasami takie dni, których nijak nie da się zapomnieć. Ja miałam takie szczęście, że ostatnie trzy tygodnie właśnie takie były. Najpierw plener – mnóstwo pracy, ale pracy dającej satysfakcję. Do tego niezastąpieni, dawno nie widziani ludzie, każdy z uśmeichem na twarzy i zmęczeniem w oczach po.. nieprzespanej [ekhem] .. nocy. Wszyscy różni, ale jedno ich łączyło. Do tego wspaniałe filmy festiwalu “Dwa Brzegi”, emocje, radosć, śmiech, ale i brutalność na koniec. No i niezastąpiony Zorro, co dużo gada.
W chwilach kiedy było ciężko zawsze znajdywał się ktoś, z kim można było pogadać i się wręcz wypłakać. Bo i takie chwile czasem nadchodzą. Zwłaszcza jak się jest daleko od tych, z którymi zawsze najbliżej. M., T., dziękuję.
Potem dzięki niezastępywalnej Mai były warsztaty fotograficzne. Znów mnóstwo pracy, ale pracy kreatywnej. Dającej pożądany efekt. Poznałam gromadkę nowych istot czlekokształtnych, których nijak nie da się zapomnieć.
Czasem ściska mnie żal, że danej znajomości nie da się przeciągnać na dłuższy okres czasu. Poznajecie się, dogadujecie, wspólne tematy, podobny punkt widzenia czy miesiąc urodzin. No ale za nic nie da się dłużej kontaktować. Mimo obustronnej (w pewnym momencie) chęci. Dochodzi w końcu do tego, że po wysłaniu krótkiej wiadomości tekstowej otrzymujesz drugą, o treści: “A kto do mnie pisze?”. A Ty nic nie możesz zrobić, tylko spokojnie odpisać imieniem i nazwiskiem. Bo rozumiesz, bo wiesz, że inaczej być nie może. Wiesz też, że tak jest lepiej. I dla Ciebie, i dla tej drugiej osoby. Dlatego spokojnie idziesz dalej.
Aż pewnego dnia spotykasz kolejną osobę.. I trzecią, i czwartą, i piątą, i szóstą, co do których samo serce prosi, by trwać z nimi w znajomości.
I dlatego postanowiłam, że sama coś z tym zrobię. W końcu tym razem nie jest aż tak niemożliwie. A ja przyznam wszem i wobec, że mam na to straszną ochotę.
I już.
Każdy ma prawo do odpoczynku. Dlatego wyjeżdżam na dwa tygodnie. Czekają boskie dni wypełnione farbami, terpentyną, słońcem, filmami, ludźmi i hektolitrami napoi różnorakich. Bo przecież zdanie egzaminów wstępnych i dostanie się na studia nie może nam ujść NA SUCHO. Tak przynajmniej stwierdził nasz opiekun. Cicho! Cichosza! Tu cichosza! Tam cichosza! Przemilczcie ludu to, co chcecie powiedzieć. Nawet jeśli macie rację zachowajcie to dla siebie.
***
Ostatnio obsesyjnie słucham iluś tam piosenek. Dwaj brytyjscy dwudziestodwulatkowie, jeden w czarnym golfie, drugi w niegolfie, są niczym miód nam moje serce. Te ich głosy. To dopasowanie. I same teksty. Muzyka. Dźwięki. Klimat. Kurwa. Są zajebiści! Za-je-biś-ci. Przez duże EM.
***
Ej. Pisałam już to? Nie. A nawet jeśli to.. Co? Mogę, jak na jutjubie, kliknąć “jeszcze raz” i doprawdy kolejny raz gotowy.
Nie pisałam, to kiedyś napiszę.
Mam za oknem sowę. Dokładnie to ona siedzi sobie gdzieś w starej wieży ciśnień, bądź bliżej i piszczy. Tak, piszczy. Wydaje z siebie takie długie, przeciągłe “iiiiiiiii”. Może nawołuje, może czeka. W każdym razie od dwóch dni każdy, kto chce, może posłuchać koncertu na jeden smyczek. Pi-iiiiiiii-szczący koncert.
Nie umiem ufać. Chcę i nie potrafię. Zaskakujące, jak różne wydarzenia potrafią zmienić człowieka, wpłynąć na jego umysł i psychikę. Staram się, a nic mi z tego nie przychodzi. Co przychodzi, to moment, w którym chcę znaleźć się w innym miejscu i czasie. .. Staram się wmówić sobie, że tak nie jest. Że jest tych kilka osób, którym na mnie zależy i – że pieprzę głupoty.
Haha. Napisałam kilka linijek tekstu. Ale go skasowałam! Bo musiałabym ten post okrasić hasłem.
Nie wiem. Bez sensu ten post. Jest godzina 23:47, a ja w poczuciu zdrady, zawodu, niespełnionych oczekiwań i braku nadziei na interesujący dzień jutrzejszy siedzę i piszę te bzdury. Nie czytajcie. To nie jest post, który można by uznać za ciekawy. Jest to po prostu odzwierciedlenie wewnętrznego chaosu autorki, która jak do tej pory popełniała więcej błędów, niż niebłędów. Trę oko, rozmazując tym samym lichy makijaż, który dziś na szybko zrobiłam. Dzień niby udany. Sprawy zalatwione, pieniądze wydane, rzeczy na wyjazd kupione. Mam litr “bezzapachowej” terpentyny. Czegóż można chcieć więcej? Odebrałam nawet prace z egzaminu. A. I profesor z mojej nowej uczelni, której studentką będę od października, życzył mi powodzenia. Podnoszące na duchu.
Bo dostałam się na studia. Ale nie wiem czy to jest potrzebne do napisania, bo czytać ten post będą zapewne osoby, które o tym wiedzą. Ale cóż. Dostałam się na studia. Ale nie było z kim oblać sukcesu. Miało być tyle spotkań, a nie było żadnego.
…
Mam ochotę opróżnić jedną z tych butelek, co je mam w pokoju.
Jako, że nasza 3.5-miesięczna pociecha wymaga ukształtowania jej niepokornego charakteru, zdecydowaliśmy się na wychowywanie bezstresowe. Rzecz z pozoru nietrudna okazała się bardziej skomplikowaną, niż można się było spodziewać. Pomijając cowieczorne napady nigdzieniewyzbytej energii – tzw. amoczki, niedoopanowania stały się niekontrolowane próby przejęcia władzy w domu. Małe, ledwo odrośnięte od ziemi stworzenie zapragnęło jeszcze więcej uwagi*, praw i jedzenia. Czego byśmy nie robili i tak wychodziliśmy z tego pokonani. Dlatego Rada Starszych zasiadła i zamyśliła, że trzeba udać się po pomoc. I tak co piątek ja, jako posłanka Rady, próbuję udowodnić swoją wyższość i pokazać, że na moją partię warto głosować. Spotkanie rozpoczyna się skupieniem na sobie uwagi i podetkaniem co lepszego smakołyka jako zapowiedzi (oczywiście) lepszej przyszłości. Następnie następuje seria przekonywań, próśb, nakazów, które czasem skutkują, czasem nie. Dziś dodatkowo polała się krew. W ramach zadośćuczynienia skróciłam spotkanie tłumacząc się złym samopoczuciem 3.5-miesiecznika. Malec ma prawo do tego, gdyż jest w okresie ząbkowania i ostre jak siekierki mleczaki są wymieniane na trwałe stałe.**
Jak ten czas leci.. Jedni dopiero poznają smaki ziemi (dosłownie i w przenośni), a inni wkraczają już w dorosłe życie. Ja na przykład dopiero dziś poczułam się dorosła, kiedy to pani pielęgniarka zrobiła mi ostatnie szczepienie jakie powinno mnie w życiu spotkać. Według swojej karty zdrowia jestem już dorosła.***
Pociecha:
My deer, tylko nie mów, że to jest jeden z tych śliczych piesków, co dzieci digartu wstawiają na profile.
__________
* nie wiem, czy można czemuś poświęcać więcej uwagi, niż my jej poświęcamy temu czemuś.
** według mamy to nie jest pies, tylko morderca-gwałciciel z podwójnym rzędem zębów. Taki mały gwałcący rekinek.
*** według OKE także. Jej dyrektor podpisał moje świadectwo dojrzałości. Tzn. ktoś przybił pieczątkę z jego podpisem, ale co tam.
…
P.S. Zauroczona słucham tego. Jeszcze raz. Jeszcze raz. I jeszcze..
Sił mi brak. Po prostu sił mi brak. Cała odkładana gdzieś we wnętrzu energia uleciała wraz z pierwszą jaskółką. Idzie lato. Czas słońca i radości. A ja tego nie widzę. Wstaję rano i wiem jak ten dzień będzie wyglądać. Wstaję rano zmęczona. Sen nie przynosi wypoczynku. Jest jedynie chwilą, w której się nie myśli. Nie myśli o codzienności. Nie myśli o sporach, kłótniach, wymianach zdań, widzianych łzach, słyszanych słowach, świadomości niemożności przyniesienia pomocy. I stoisz między młotem i kowadłem. Kładziesz głowę pod gilotynę wtrącając zdanie lub dwa.
I czujesz, że jesteś sam.