Archiwa miesięczne: listopad 2007

Słucham.  Włącz jak chcesz. Ja bym włączyła.
***
Zapanował u mnie taki dziwny czas. Może to ta jesień. Może to ta zima. Może to jeszcze coś innego. W każdym razie coś sprawia, że staję się małą dziewczynką tańczącą pod wielkim baobabem. Mam na sobie wymarzone muślinowe fałdki. Kręcę się bez opamiętania ze wschodu na zachód. Przystaję. Patrzę do góry, próbuję dostrzec czubek, którego nie widać..
Teraz inna kartka..
Tym razem jestem pod innym drzewem.. Siedzę, obejmuję rękami kolana, muślinowe fałdki spływają lekko na ziemię.. Coś nie daje mi spokoju. Coś sprawia, że ręce nie są wyciągnięte do góry, a nogi nie plączą się, nie krzyżują.. Pośród tylu tańczących mnie ta jedna jest jak czarna owca w stadzie. Jak brzydkie kaczątko wśród łabędzi. Jest. Była. Będzie?
“Jaki duży baobab..” – myślę. “Co będzie jak się na niego wdrapię? Pewnie można zobaczyć z niego wszystko, co się zapragnie.. Zechcę zobaczyć tamto miejsce, to zobaczę. Będę mogła spróbować dotknąć tamtego miejsca. Ale czy nie spadnę?! Przecież ten baobab jest taki duuży.. A ja taka mała. Zawieje wiatr i nie będzie nikogo, kto mnie przytrzyma. Będę tam całkiem sama. Nie będzie nikogo oprócz mnie. Będę całkiem sama.. No ale przecież.. To przecież mój baobab.” – dociera do mnie.
Dziewczynka w muślinowej sukience wciąż stoi przy ogromnych korzeniach. Nie boi się iść wyżej. Po prostu nie czuje jeszcze takiej potrzeby. Nie ma jeszcze tej osoby, która by ją tam pociągnęła. Wzięła pod rękę i powiedziała “Chodź, tam jest fajniej!”. Za chwilę dziewczynka pójdzie dalej. Sukienka wciąż będzie muślinowa, jej ręce wciąż będą wesoło kręcić się w okół głowy. Czasem przysiądzie, złapie się za kolana, zwiesi głowę i zamyśli. Zatęskni. Zapragnie. Ale znajdzie w sobie dość siły, by wstać i swój taniec zacząć od nowa.
Nowa kartka.
Dziewczynka tańczy. Muślin dookoła niej. Baobab nad nią.
Widzisz?
Wszystko jest w porządku..

Fragment męskiej garderoby.

Ememesa z prośbą o odezwanie się.

Kilka dobrych spojrzeń.

Kartkę w kratkę [A4, zapisałam ją niemal w całości].

Niemiłe ukłócie w sercu.

Dobry uścisk. Albo dwa.

Wspomnienie.

Zapach taki jaki już kiedyś spotkałam.

Pozytywne skinienie głową.

Bułki, serek, jogurt, kiwi pokrojone na kawałki, biszkopty [w ramach moich słynnych już "obiadów czwartkowych"].

Podwózkę.

Zezwolenie na wyjazd do stolicy na weekend [w celach kulturalnych oczywiście].

Kopnięcie w pupę.

Zaświadczenie, że zawsze mogę zadzwonić.

Myśl, że tydzień temu było zupełnie inaczej..

 Dużo.

A teraz jestem zmęczona. 

Leży przede mną kolejny plastikowy dowód na to, że formalnie coś już mam za sobą. Choć ja nadal nie wierzę, że poszło tak w sumie gładko i bezboleśnie. Bo choć na początku były problemy z otwarciem, to przecież jednak zaliczyłam.

Tak. Mam przed sobą prawo jazdy. I wciąż w to nie wierzę.

Ostatnie dni były przecudnie szczęśliwe. Tak nieziemsko. Doszło do tego, że w nocy leżałam w łóżku i się śmiałam. Śmiejąc się płakałam. Ze szczęścia. Z nieprawdopodobnego szczęścia. Dziś już się nieco zmieniło. Wczoraj przytrafiło mi się coś niesamowitego. W ciągu pół godziny wydarzyło się więcej, niż czasem przez kilka tygodni.

“.. bo to prawda, że w oczach można ujrzeć duszę.. jedno spojrzenie i od razu wiesz, o co chodzi ..”

Tak.. Stwierdziłeś, że chyba nie skorzystałam z tego wyjazdu. Ale nie wiesz, co mi się przytrafiło tam na górze, w schronisku. Ujrzałam najpięniejszy na świecie uśmiech. Utonęłam w tamtych oczach. Zasłuchałam się w tamten głos. Ale tak to jest, że do schroniska się przychodzi i się z niego odchodzi. Tamte oczy też poszły. I uśmiech poszedł. Choć wrócił się po nieistniejącą czapkę. Jednak poszedł. A ja zostałam i skończyłam list. Teraz mam tylko ten list. Jako dowód na to, że takie włosy naprawdę tam były.

Jeśli mamy się jeszcze kiedyś spotkać, to się spotkamy prawda? A wtedy już się nie zawaham.

Stożek. Góry. Wisła. Dzień pełen wrażeń. Karnet od przystojnego. Dwa darmowe karnety od przystojnych ["dla was, dziewczyny"]. Wszechobecne spojrzenia. Wszechobecny sport. Wszechobecne uczucie. I wy. I on. I ja. I ten uśmiech. Uśmiech znad frytek. Idźmy z duchem czasu. Nowa forma romantyzmu. Uśmiech znad frytek. Góry. Jak widać czasem dobrze jest nie wziąć ze sobą nart. A ja chyba po raz pierwszy w życiu mam ochotę znów przesiedzieć cały dzień w schronisku.

Wrócimy tam?