Archiwa miesięczne: grudzień 2007

Nie należy porzucać nadziei. Warto wierzyć, że stanie się tak, a nie inaczej. Bo czym bylibyśmy bez tego? Bez wiary, nadziei i.. miłości? Bylibyśmy nikim. Nie istnielibyśmy. Zamiast istot myślących, po ziemi poruszałyby sie rośliny. Rośliny wypełnione masą, ograniczoną przez cienką warstwę nabłonka. Takie swoiste glony. Żylibyśmy, ale nie żylibyśmy. Nie bylibyśmy uczłowieczeni. Wyszłoby na to, że On stworzył coś, co nie spełniałoby powierzonego zadania. Na szczęście myślimy, kochamy, wierzymy.. I nie mówię tego wyłacznie w aspekcie religijnym. Nie. Mam na myśli to, że codziennie należy dawać dowód temu, że się jest wiernym swoim przekonaniom, poglądom.. Należy obstawać przy swoim. Pilnować swego. Być troszkę egoistą. Bo i nie można dać się omamić złudnym zapewnieniom, bezpodstawnym obietnicom, pustym słowom. Nie można być jak trzcina i łamać się pod podmuchem czyichś słów. Bo słowa są często tylko literami przybranymi w dźwięk. Niczym więcej.

Wierzę w to, co robię. Kocham to, co robię. Kocham tych, którzy blisko.

Miłość. M i ł o ś ć. Niezbadana. Nieprzenikniona. Nieprzejednana. Niezgłębiona. Czym ona właściwie jest? Kim ona właściwie jest? Myślę, że całe życie się jej uczymy. Bo kiedy wydaje sie, że coś już wiemy, że jej zakosztowaliśmy, to wtedy – figa z makiem! Wychodzi na jaw, że nic o niej nie wiemy. Albo baardzo, bardzo mało. Szukamy jej, łakniemy jej, chciwie pożądamy. A ona niczym kapryśna pogoda, czasem strzeli w nas piorunem, czasem da deszcze i burze, potoki łez i powodzie smutku, czasem znów ześle gorące, ekstatyczne dni wypełnione żarem, namiętnością i upałem, a czasem po prostu będzie świecić nad nami niczym słońce w spokojne czerwcowe dni. Bo taka ona jest, zmienna jak kolorowe płytki w kalejdoskopie. A my, jak dzieci szukamy tego najlepszego ułożenia, tego, które wydaje się dla nas idealne, perfekcyjne, które przyniesie nam uśmiech, radość, euforię. Nam i innym. Bo o to właśnie się rozchodzi, by ktoś razem z nami  przewracał owe szkiełka. Miłość nie lubi, gdy się nią jedna osoba interesuje.

I tak to jest, kochamy się. *K. kocha B., *A. kocha J., *M. kocha J., *A. kocha B., *G. D., *O. K., *J. K., *D. J., *W. K., *O. A., *P. P., *A. M., *X. Y., *Z. Ź. ..

A ja? Ja lubię drinki z palemką, malować paznokcie i pić jogurty.

Stoją na półkach dawni rycerze, co w ukropie walczyli. Zapomniani. Odepchnięci. Ugotowani. Nikt o nich nie myśli, nikt nie żałuje, nikt nie potrzebuje. Czasem ktoś przyjdzie, popatrzy matowym, nic niewidzącym wzrokiem i pójdzie w inną stronę. Czasem cicho uchylą sie skrzypiące stare drzwi. Drzwi na hak. Strumień światła pada na wydeptaną przed wielu laty podłogę. Ożywa skrzynia stojaca pod równoległa ścianą. Wszyscy łapczywie wciągają świeże, jak sądzą, powietrze. Pod sufitem wiszą trupy w pajęczynach. Niegdyś ich dom, ich sieć, ich zbrodnia. Dziś tylko trupy. Ich małe wysuszone czasem ciałka dyndają ironicznie na linach. Żyjący wspomnieniami chcą zakosztować dawnych uciech. Prąd powietrza wprawia je w ruch. Długie kończyny kołyszą się ironicznie z lewej na prawą stronę.. Z lewej na prawą.. Z lewej.. Na prawą.. Z lewej..

Tu pełnobiuste kobiety stoją. Matki Ziemi. Matki Natury. To one swoimi dobrodziejstwami niejednego juz z utrapienia uratowały. Wspomogły w biedzie, nie dały umrzeć w głodzie. Nakarmiły, wychowały. Dzięki nim oni byli zadowoleni. Nasyciły ich. Przez szparę w uchylonych drzwiach pojawiła sie kosmata głowa. Dziwnie wydłużona ręka sięgnęła do najbliższej ściany. Zniszczone paznokcie zastukały w tynk. Kawałek odpadł. Postać przesunęła się dalej, w głąb. Stare, zapchane pyłem lśniące niegdyś oczy chciwie omiatały spojrzeniem przybysza. On jednak zdawał się nie zwracać na to uwagi. Rozglądając się na wszystkie strony podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Jednak ci, którzy kiedyś korzystali w pełni z życia, dobrze spełnili swoje ówczesne zadanie. Przybysz nic nie widział. Okno było szczelnie zasłoniete. Patrzył. Patrzył na nich i się dziwił. Myślał o rycerzach, jędrnych kobietach, linach i tych wszystkich trupach, które wisząc u sufitu dotykały jego głowy, gdzy przechodził. W pewnym momencie schylił się, wyciągnął podrapaną rękę i już po chwili jego szybkie kroki słychać było na schodach prowadzących gdzieś.. Gdzieś indziej.. Strumień światła zniknął, gdy kroki ucichły. Hak znów pełnił swoją funkcję. Kobiety poczęły śpiewać swoją pieśń. Postukiwały lekko w takt zasłyszanych niedawno kroków. Wszystko było niby jak chwilę temu. Wszystko? Jedno miejsce świeciło pustką. Jednego z nich zabrali. Odszedł i juz nie wrócił. Nikt nigdy stamtąd nie wracał.

***

- Coś ty tak długo tam robiła?

- Szukałam kompotu..

- Tak długo?

***

No cóż. Lubię piwnice.

Jakiś czas temu widziałam w telewizji reklamę. “Nic nowego!”, powiecie. Tak właściwie to nie pamiętam już, czego dotyczyła.. ["Bo pamięć ludzka zwodna jest.."] ..Wiem jednak, że była “uświąteczniona”, zrobiona według wciąż poszerzającej swoje horyzonty teorii agencji reklamowych, że jeśli chce się coś sprzedać w grudniu, to owo coś musi być w choinkowo-bomb(k)owo-prezentowej otoczce. Ewentualnie może być pokazane w towarzystwie nieżywego karpia z wyłupiastymi oczami, udającego, że solidaryzuje się z przeszczęśliwą Rodzinką Świątecznych na ekranie. Bo i co z tego, że ktoś kupuje od kilku lat tą samą herbatę, skoro można go do-uświadomić, iż ta [własnie ta!] jest najlepsza. Klient musi być na 200% pewny, że chce kupić właśnie TO, a nie TO KONKURENCYJNE. A co wydaje się najlepszą siłą perswazji w okresie listopadowo-grudniowym? Oczywiście, że święta. 

Nie jest tak, że świątecznych reklam nie lubię. Czasem przy takiej to i wręcz sentymentalnie mi się zrobi. Przypomni się dawno nie słyszana piosenka, najdzie ochota na śniegowe szaleństwo, zatęskni się jeszcze bardziej za domowym piernikiem. Ale, hmm, bez przesady. Jestem pewna, że jogurt marki jogurt będzie dalej tym samym jogurtem, nieważne czy z oprawą dzwoneczków, śnieżynek i reniferków czy bez. Telefony komórkowe nie zmienią swoich funkcji, a samochody tylko pozornie zejdą na dalszy plan. Spokojnie, spokojnie. Komercha nigdy nie stanie się niekomercyjna. To mamy jak w, według komercyjnego powiedzenia, banku.

Nieco ponad tydzień temu zastanawiałam się, jak daleko Królowie Komersji są w stanie posunąć się o owej przedświątecznej walce o klienta. Pomysł ozdabiania opakowań do [ekhm] podpasek wydał mi się irracjonalny. Stwierdziłam, że to byłaby już przesada, żeby paczki niezbędnych kobietom rzeczy dekorować świątecznymi elementami. Pomyślałam o tym i sama się z tego zaśmiałam. O ironio! Niecały tydzień później mam w ręce opakowanie [ekhm] tamponów. I co widzę? Przecudnej urody gwiazdunie gwiazdujace do mnie z górnego rogu kartonika.. Hm. Gdybym pracowała w reklamie z pewnością szybko bym awansowała.

Święta świętami, ale nie można wszystkiego pod nie podciągać. Trzeba zostawić im coś z owego mistycyzmu, który, tak charakterystyczny kiedyś, dziś już się zatraca. No i choć obecność wyłupiastookiego karpia przy promowanej herbacie z pewnością podniesie jej sprzedaż, to jednak co nam po owej herbacie, gdy nie będzie z kim jej wypić?