Archiwa miesięczne: styczeń 2008

***

Życie jest takie.. Poszedł do szpitala z jakiegoś nieśmiertelnego powodu. Nie przeżył nawet dnia. Położyli go i odszedł. Tak po prostu. Już go nie ma. A my jesteśmy. Oni też są. Ów szpital również dalej stoi. Choć nie, to nie szpital, “to umieralnia”.
***
Zamykam okno, bo zimno. Zabawne, ostatnio niemal w ogóle nie czuję chłodu. Wietrzę dom, gdy na dworze temperatury koło zera, uchylam jedno okno, to dachowe, uchylam jedno z tych co naprzeciwko, uchylam w łazience, kuchni, przedpokoju.. Teraz też. Otwarte było od ponad godziny, a przecież na dworze gałezie są ośnieżone. Zauważyłam to w trakcie walczenia z małymi, skąpo odzianymi, potworkami, które łaziły mi po pokoju. Przynajmniej takie widziała moja dziesięcioletnia kuzynka. Mi jeden, skubany, mignął gdzieś za drukarką.. Nie, nie zdążyłyśmy go złapać.
***
Poza tym, otrzymuję wsparcie od kogoś, kto kilka miesięcy temu nie istniał w moim życiu. Wiem, że mogę polegać. Wie, że może polegać. Zero skrępowania, zero tematów z -cenzurą-, zrozumienie, akceptacja, inne spojrzenie na świat, odciupinka inteligencji – i jest. Relacja doskonała. Podobna częstotliwość fal w mózgu. Mm. Polecam.
***
Bez spójności ostatnio. Tak musi być chyba. Moje myśli stanowią jeden wielki miszung. Nawet teraz. Piszę, a myślę o czym innym.
***
A pogrzeb w piątek..

Słucham.

***

W piątek zakosztowałam smaku raju. “Smaku raju” właściwie. Na kilka chwil przeniosłam się w inne miejsce. I tak sobie pływałam między jedną kostką lodu, a drugą, nieświadoma tego, co mnie czeka. Wchłonęłam krwistą wiśnię, nadgryzłam kawałek pomarańczy.. Mm. Tego było mojemu wyplutemu organizmowi trzeba. W dodatku wszystko spowite mgłą doborowego towarzystwa.. Żyć nie umierać.

Zgubiłam rękawiczki. Śliczne fioletowe skórzane rękawiczki. Do tego nie moje. Musialy mi gdzieś na ulicy wypaść.. W żadnym z dwóch lokali ich nie było. Szkoda, trudno, rzecz materialna.. Ale wcześniej widziałam uśmiech na tamtej twarzy, mówiacy jak bardzo się z nich cieszy.. Ulico! Czemu mi ich nie zwrócisz?

Przyszłam do pustego domu. Zdjęłam buty, weszłam do kuchni, zaparzyłam herbaty.. Intensywnie myślałam o tym wszystkim, co się wokół dzieje. O ludziach, sytuacjach, nieszczęsnych rękawiczkach.. Wypuściłam psa na dwór, czekałam aż wróci, siadłam w rogu kuchni i najzwyczajniej w świecie nie wytrzymałam. Wszystkie emocje chowane gdzieś w głębi duszy wypłynęły wtedy ze zdwojoną siłą. I ulotniły się w postaci płynnej. A ja nic na to nie mogłam poradzić. Ale to dobrze. Przynajmniej się oczyściłam.. Taak.. Swoiste “katharsis”. Uspokoiłam się, wpuściłam oszalale drapiącego w drzwi psa, posiedziałam jeszcze chwilę w kuchni, wróciłam do siebie. Włączyłam Niemena, zrzuciłam z siebie wszystko, co się działo.. A potem.. Potem przeczytałam najpiękniejsze słowa jakie wtedy mogłam dostać.

Tego wieczora zasnęłam spokojnie.

***

(…)

Więc chodź póki czas z życia pić każdy haust,
Czerpać je, wdychać je, poznać trud, poznać gniew,
Szczęścia smak, walki smak, bo żaden cień, żaden blask
Nie może przejść obok, obok nas.
Nie może przejść obok, obok nas. “

Niemen.

Nawiedził mnie teraz czas. Czas na potrzeby. Niektóre zaspokajam ja. Niektóre inni. Niektóre wciąż leżą sobie odłogiem, coraz głębiej wrastając w mój umysł, moje wnętrze. Co chwilę jednak znajduje się coś [ktoś], co [kto] bierze nożyczki i odcina te sznureczki, które łączą ową potrzebę ze mną. Jestem za to strasznie wdzięczna. Bo gdyby nie to, to.. To, hm, stałabym się jednym wielkim zapotrzebowaniem. A tak jestem sobą. Sobą zmienną. Moje nastroje są wykresem sinusoidy. Funkcją nieparzystą. Czasem znajduję jakieś rozwiazanie czegoś. Jedno z dwóch. Iks zero plus dwakapi. Pi minus iks zero plus dwakapi. Są przypadki, kiedy rozwiązanie jest podane w tablicach. Wystarczy wziąć, otworzyć na odpowiedniej stronie i proszę: iks zero równa się piszóstych. Wszystko pięknie, ładnie i prosto, przede wszystkim.

Podobno to, czego w liceum uczymy się na lekcjach matematyki to jedna wielka bujda. Jeden może i równa sie jeden, ale [zapewne, w końcu tego jeszcze nie wiem] czy cośtam podniesione do zera zawsze da jeden?! I czemu muszę czekać aż do studiów, żeby dowiedzieć się prawdy? Och, ja nigdy się prawdy nie dowiem. Przecież nie idę na takie studia. Zamiast całek i różniczek będą mnie uczyć posługiwania się markerami, sklejania karteczek i wymyślania, co zrobić, żeby jajko się nie stłukło. Czyli całe życie będę żyć w niewiedzy. Tak jak i inni. Będę coś umieć. Ale nadal będę, głupia, myśleć, że trzytysiącepięćsetstodziewięćset do potęgi zerowej to jeden.

“O, przyjacielu nieuczony,
mój bliźni z tej czy innej ziemi!
wiedz, że na trwogę biją w dzwony
króle z panami brzuchatemi;
wiedz, że to bujda, granda zwykła, (…)”

Nawiedził mnie teraz czas. Przyszedł i zapukał w moje niezasłonięteniczym okno. Szukam czegoś i choć wydaje mi się, że zaraz to znajdę, to jednak wciąż tego nie mam. Idę, myślę “to niemożliwe, żeby tego tu nie było!”, a jednak. Idę dalej, biegnę nawet, a tam cichosza. Figazmakiem.

Może i dobrze? Dzięki temu moje życie stało się jedną wielką bombonierką. Nigdy nie jestem pewna, co mi się przytrafi.

***

Zabierz mnie stąd daleko
jak najdalej od tych wszystkich złych wydarzeń
usiądziemy nad zieloną rzeką
to najlepsze lustro dla zmęczonych twarzy

Zabierz mnie hen od wrzawy
bohaterką żadnej bitwy nie zostanę
niech kołyszą nas wysokie trawy
i niech rosą zakwitają gdy poranek

Ogrodzimy nasz malutki skrawek nieba
na ten luksus zawsze starczy nam pieniędzy
tutaj żadnych nam idoli nie potrzeba
o przepraszam mam jednego to jest księżyc

Ogrodzimy nasz malutki skrawek nieba
razem z nim będziemy czasem deszczem płakać
przytulimy się do stuletniego drzewa
pewnie z czasem pomyślimy o dzieciakach
(…)

Zabierz mnie z tej planety
która pędzi na spotkanie swego losu
przecież dobrze wiesz że ważne dla kobiety
są dwie sprawy ciepły dom i święty spokój

(…)

***