***
Nie lubię monotonni. Czasem świadomie, czasem nieświadomie urozmaicam czynności zupełnie zwyczajne.
Wyłuskując trzy razy dziennie przez ostatnie 6 miesiecy tabletki z ich opakowań zaczęłam robić to tak, by puste miejsca tworzyły jakieś iluzje, wzory, kształty, esy i floresy. Patrząc na kogoś dłużej wpisuję mu twarz w piętnastki. Idąc po chodniku zaczynam liczyć. Czasem zaczynam śpiewać. Albo gadać. [Od tego boli potem żuchwa.]
I tak jakiś czas temu zaczęłam urozmaicać sobie drogę, którą codzień podążałam. Wybierałam inne uliczki i inne zakręty, inne przejścia i inne drogi. Dzięki temu było krócej, milej, weselej, rozmaicej.. Moje myśli szybciej krążyły po głowie, oczy pozytywniej patrzyły na poranny chłód, słowa kreatywniej układały się w zdania. Wszystko było cacy. I tak zostało do dziś. Mimo, że “nowa” droga stała się w końcu “codzienną”. Stopy same wiodą mnie tamtędy, nie muszę myśleć, gdzie iść. Po prostu idę. Czasem czuję się tam taka niewidzialna. Wtopiona w budynki, trawniki, drzewa. Czuję jakbyśmy byli jednością. Oni znają moje sekrety. Ja znam ich. Wiem, co spowodowało zerwanie kabli, wiem, co było na chodniku, pamietam kto wtedy tamtędy szedł. Wiem też, kto mieszka w oknach powyżej i skąd jest ów zwierz w prążki. Wiem też, że tam nikt nigdy na nikogo nie patrzy. Idą wpatrzeni w swoje buty, czasem oczy, patrzą, a nie widzą. Ja też. Idę, myślę o czymś, co daleko. Czasem się śmieję. Czasem płaczę. I patrzę, i nie widzę. Czasem śledzę innych. Idę za babcią w hustce, albo młodym chłopakiem z bramy. Stawiam kroki za matką z wózkiem, ojcem z synem, nim i nią, facetem na rowerze, dziewczyną w dredach, wyliniałym kotem spod samochodu lub psem, co akurat tam. Zawsze za kimś innym. Bo ludzie mają to do siebie, że chodzą. Przychodzą, odchodzą. Jedni zostają na dłużej, inni uciekają po chwili. Niektórych poznasz i dasz się poznać. Innym nie. Innych miniesz na ulicy i tyle się będziecie widzieć. I przynajmniej nie bedzie nudno. Będzie ciagła wymiana, będziesz widzieć, poznawać, doznawać. Bo po co poznać kogoś jednego jedynego i być z nim do śmierci? No po co? No?!
Może to zabrzmi śmiesznie, ale czasem lubię monotonnię.