Archiwa miesięczne: luty 2008

Idziemy na spacer?

***

Nie lubię monotonni. Czasem świadomie, czasem nieświadomie urozmaicam czynności zupełnie zwyczajne.

Wyłuskując trzy razy dziennie przez ostatnie 6 miesiecy tabletki z ich opakowań zaczęłam robić to tak, by puste miejsca tworzyły jakieś iluzje, wzory, kształty, esy i floresy. Patrząc na kogoś dłużej wpisuję mu twarz w piętnastki. Idąc po chodniku zaczynam liczyć. Czasem zaczynam śpiewać. Albo gadać. [Od tego boli potem żuchwa.]

I tak jakiś czas temu zaczęłam urozmaicać sobie drogę, którą codzień podążałam. Wybierałam inne uliczki i inne zakręty, inne przejścia i inne drogi. Dzięki temu było krócej, milej, weselej, rozmaicej.. Moje myśli szybciej krążyły po głowie, oczy pozytywniej patrzyły na poranny chłód, słowa kreatywniej układały się w zdania. Wszystko było cacy. I tak zostało do dziś. Mimo, że “nowa” droga stała się w końcu “codzienną”. Stopy same wiodą mnie tamtędy, nie muszę myśleć, gdzie iść. Po prostu idę. Czasem czuję się tam taka niewidzialna. Wtopiona w budynki, trawniki, drzewa. Czuję jakbyśmy byli jednością. Oni znają moje sekrety. Ja znam ich. Wiem, co spowodowało zerwanie kabli, wiem, co było na chodniku, pamietam kto wtedy tamtędy szedł. Wiem też, kto mieszka w oknach powyżej i skąd jest ów zwierz w prążki. Wiem też, że tam nikt nigdy na nikogo nie patrzy. Idą wpatrzeni w swoje buty, czasem oczy, patrzą, a nie widzą. Ja też. Idę, myślę o czymś, co daleko. Czasem się śmieję. Czasem płaczę. I patrzę, i nie widzę. Czasem śledzę innych. Idę za babcią w hustce, albo młodym chłopakiem z bramy. Stawiam kroki za matką z wózkiem, ojcem z synem, nim i nią, facetem na rowerze, dziewczyną w dredach, wyliniałym kotem spod samochodu lub psem, co akurat tam. Zawsze za kimś innym. Bo ludzie mają to do siebie, że chodzą. Przychodzą, odchodzą. Jedni zostają na dłużej, inni uciekają po chwili. Niektórych poznasz i dasz się poznać. Innym nie. Innych miniesz na ulicy i tyle się będziecie widzieć. I przynajmniej nie bedzie nudno. Będzie ciagła wymiana, będziesz widzieć, poznawać, doznawać. Bo po co poznać kogoś jednego jedynego i być z nim do śmierci? No po co? No?!

Może to zabrzmi śmiesznie, ale czasem lubię monotonnię.

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić poniżej swoje hasło:


Dawno, dawno temu zła czarownica przemieniła [zaje*iście] przystojnego Księcia w żabę. Dawno, dawno temu zły czarnoksiężnik zamienił przecudnej urody Księżniczkę w łabędzia. Inna spała. Któraś tam w łachmanach chodziła. Taak. Od wieków zaklinano się, zaczarowywano, zamieniano, wrzucano do kotłów, kuszono piernikami, cukierkami, jabłkami i kto wie, czym jeszcze.. Ponętne młodociane pannice porywano i niecnie wykorzystywano. Niewierni kochankowie zmieniali się nie do poznania lub tracili swój męski głos.. No cóż. Tak bywało albo i nie. Fakt faktem jednak, że, jakby nie było, czerpiemy ze świata przyrody. Pomijając kontekst żywieniowy, domodajny, cieniodajny.. Pomijając nawet aspekt kulturalny, historyczny i filozoficzny, to przecież co krok spotykamy jakieś owoce. Jagody.. Maliny.. Poli-karpy.. Rodzice dają swoim dzieciom przeróżne imiona. Sama znam ze dwie Jagódki, trzy w sumie. O Malinie słyszałam. Znam zato Malina. Ale Malin to inna bajka.

Nie sądziłam jednak, że dziewiczy świat natury bierze coś z naszego utytłanego brudem świata. A jednak.

Przeglądając atlas zwierząt* trafiłam na opis pewnej ropuchy. Okropnej, rozlazłej ropuchy. Takiej, jaką z pewnością był ropuch w Bug City. Obleśnie obleśna z wyłupiastymi gałkami, tępo wpatrującymi się we mnie – patrzącą na nią z góry. Niemal czułam jej stosunkowo niewielkie [a jak ogromne] cielsko, płynnie uginające się pod naporem mojego palca. Jakbym dźgała woreczek śniadaniowy wypełniony wodą. Tylko, że woreczek przybrany w elastyczną, nieco chropowatą skórę.. Takiemu workowi to ja bym ze ścieżki zeszła. Nie ma co.

Przyglądam się więc tej ropusze, myślę, czy uda mi się ją narysować, gdy nagle mój wzrok prześlizgnął się i zaczął czytać tekst obok ropuchy. Myślałam, że zjem tą kartkę.

“ROPUCHA. Pokazana tu aga wywodzi się z Ameryki Łacińskiej. W latach trzydziestych XX w. sprowadzono tę ropuchę do Australii, by zwalczyć z jej pomocą chrząszcze, szkodniki plantacji trzciny cukrowej. Dziś sama aga stała się szkodnikiem. ..i obok.. Aga osiąga do 23 cm długości.”

No cóż, śmiem egoistycznie twierdzić, że skoro tak, to niezła ze mnie ropuszka..

______

* Totalna kicha. Niemal same rysunki. No i za duży. A ja potrzebuję jakiegoś małego, kieszonkowego. Macie jakiś? Wy wszyscy, którzy się chowacie..?