Dawno, dawno temu zła czarownica przemieniła [zaje*iście] przystojnego Księcia w żabę. Dawno, dawno temu zły czarnoksiężnik zamienił przecudnej urody Księżniczkę w łabędzia. Inna spała. Któraś tam w łachmanach chodziła. Taak. Od wieków zaklinano się, zaczarowywano, zamieniano, wrzucano do kotłów, kuszono piernikami, cukierkami, jabłkami i kto wie, czym jeszcze.. Ponętne młodociane pannice porywano i niecnie wykorzystywano. Niewierni kochankowie zmieniali się nie do poznania lub tracili swój męski głos.. No cóż. Tak bywało albo i nie. Fakt faktem jednak, że, jakby nie było, czerpiemy ze świata przyrody. Pomijając kontekst żywieniowy, domodajny, cieniodajny.. Pomijając nawet aspekt kulturalny, historyczny i filozoficzny, to przecież co krok spotykamy jakieś owoce. Jagody.. Maliny.. Poli-karpy.. Rodzice dają swoim dzieciom przeróżne imiona. Sama znam ze dwie Jagódki, trzy w sumie. O Malinie słyszałam. Znam zato Malina. Ale Malin to inna bajka.

Nie sądziłam jednak, że dziewiczy świat natury bierze coś z naszego utytłanego brudem świata. A jednak.

Przeglądając atlas zwierząt* trafiłam na opis pewnej ropuchy. Okropnej, rozlazłej ropuchy. Takiej, jaką z pewnością był ropuch w Bug City. Obleśnie obleśna z wyłupiastymi gałkami, tępo wpatrującymi się we mnie – patrzącą na nią z góry. Niemal czułam jej stosunkowo niewielkie [a jak ogromne] cielsko, płynnie uginające się pod naporem mojego palca. Jakbym dźgała woreczek śniadaniowy wypełniony wodą. Tylko, że woreczek przybrany w elastyczną, nieco chropowatą skórę.. Takiemu workowi to ja bym ze ścieżki zeszła. Nie ma co.

Przyglądam się więc tej ropusze, myślę, czy uda mi się ją narysować, gdy nagle mój wzrok prześlizgnął się i zaczął czytać tekst obok ropuchy. Myślałam, że zjem tą kartkę.

“ROPUCHA. Pokazana tu aga wywodzi się z Ameryki Łacińskiej. W latach trzydziestych XX w. sprowadzono tę ropuchę do Australii, by zwalczyć z jej pomocą chrząszcze, szkodniki plantacji trzciny cukrowej. Dziś sama aga stała się szkodnikiem. ..i obok.. Aga osiąga do 23 cm długości.”

No cóż, śmiem egoistycznie twierdzić, że skoro tak, to niezła ze mnie ropuszka..

______

* Totalna kicha. Niemal same rysunki. No i za duży. A ja potrzebuję jakiegoś małego, kieszonkowego. Macie jakiś? Wy wszyscy, którzy się chowacie..?

8 Komentarze

  1. Grzyby.

    Taki… z grzybami. Ok? :-)

  2. Jeżeli na kartkach będą zwierzęta, a grzyb jedynie w formie pleśni pomiędzy nimi, to ok. Inaczej – nie ma mowy!
    ;)

  3. Ropuszka… hmm, jeśli takie są ropuszki, to niech będzie ich jak najwięcej… ;)
    Ale tak jeśli chodzi o szkodniki, to raczek ropuszki bywały pożyteczne, a nie szkodliwe ;)
    A co do grzybów… najlepsze są marynowane ;)

  4. Ojjo. Dziękuję bardzo! :)
    I zgadzam się co do marynowanych. :P

  5. hmm, marynowane czy nie i tak są pyszne :)
    a co to jest to po wyżej to private… hmm, takie tajemnicze i jakby zakazane… ;)

  6. Zakazany Owoc ;)
    Hm.. Tak naprawdę to kawałek najskrytszych myśli musiał się gdzieś ulotnić. A, że moje myśli lubią, gdy się je przepisuje gdzieś, na coś, jakkolwiek, to wyszło.. tak jak wyszło. I tyle tytułem wyjaśnienia. ;)

    Pozdrawiam!

  7. oczywiście… samo to że jest napisane private to już mówi że to są intymne zapiski i zaglądać nie wolno… tak czasem tak trzeba… gdzieś schować część myśli zamknąć w szczelnie zamkniętym sejfie i wyciągnąć kiedy nadejdzie odpowiedni moment :)

    …bardzo mocno

  8. Cieszę sie, że rozumiesz. :)


Napisz komentarz

*
*