Archiwa miesięczne: maj 2008

Każdy marzy. Marzysz Ty. Marzy ona. That lady is dreaming. And those children too. Even goldfish are dreaming. (I wish I had my own goldfish.) Marzenia są od zawsze. Niby coś naturalnego, a ja się boję. I nie chcę. Bo rzeczywistość zupełnie inna.

Dostałam smsa. Ona marzy o nich, o sobie i o nim, marzy też o tym, co związane ze mną. Przystojny Włoch i małe włoskie dzieci z kręconymi włosami, wołające “Mamma Mi(k)a!!”. Włosko-polski dizajn. Made in Italy. Bo przecież życie bez marzeń byłoby takie nieciekawe. A ja się boję. Kiedyś nie – teraz tak. Czasem to jest jednak silniejsze. Siadam wtedy w fotelu, otwieram okno, opieram stopy o framugę okna, puszczam głośno muzykę i myślę, piszę w głowie niezrealizowane scenariusze, obsadzając siebie raz w roli głównej, raz drugoplanowej..

Świat należy do ludzi, którzy mają odwagę marzyć i ryzykować, aby spełniać swoje marzenia. I starają sie robić to jak najlepiej.

P.C.

Nigdzie jednak nie jest napisane, jak najlepiej marzyć. Ile łyżeczek tego, ile tamtego. Szczypta realizmu? Czy może przeciwnie – cały worek? Wymieszać czy zagotować? A może tylko wstrząsnąć? No i do cholery, gdzie kupować składniki?!

Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki.

P.Z.

No dobrze. Powoli odpływam w sen. W snach marzenia. Senne marzenia. W marzeniach.. W marzeniach swoista Nibylandia. Jak u J.M.Barrie’ego. Wczoraj śnił mi się ślub koleżanki. Wszyscy byliśmy ubrani w jakieś zwiewne, długie, białe lniane szaty. Dźwig unosił mój dom – po drugiej strony ulicy. Zamiast drewnianych desek schodowych na strych były spróchniałe, poniszczone desczółki, po których weszłam do zagruzowanego pokoju. Był tez jakiś meżczyzna. Hm. No i te lniane szaty. Dziady cz. II jak słowo daję.

No nic. Dziwnie się dzisiejszy wpis rozwinął. Nieprzewidywalnie. W każdym razie, to, co uznaję za konkluzję dzisiejszych, nocnych, niezmiernie inteligentnych rozważań, żeby nie napisać, dywagacji samej ze sobą, to stwierdzenie, że od dziś:

‘niebieskie migdały: MODE ON’

O. I kropka.

[..??]

Spotkanie klasowe. Spotkanie po latach. Zaczynają od grobu wychowawczyni. Dobrze? Nie wiem. Nie mam zamiaru ani ochoty osądzać. Potem dojazd nad jezioro. Wszyscy usmiechnięci i radośni. Pod warstwami dodatkowych zmarszczek, i warstw “ciałka” rozpoznają niewidziane od iluśnastu-iluśdziesięciu lat osoby. Jest też Pani Profesor. Również zmieniona. Ale to przecież zupełnie normalne.

Wśród dymu papierosów, chlupotu piwa, stukotu kieliszków i lanej wódki powracają dawne sprawy, zdarzenia, słowa.. Niektórzy coś zapomnieli – to ci inni im przypominają. Ale, ale. Na samym początku każdy miał powiedzieć, co się zmieniło w jego życiu od ostatniego spotkania. Rozwód. Dzieci. Syn robiący karierę we Włoszech. Matura córki. Narodziny wnuków. Taak. Niemal połowa z nich jest już babcią czy dziadkiem. [Druga połowa to ci, którzy samotni i - mój ojciec.] Rozmowy, rozmowy, wspomnienia, wspomnienia. I tak całą noc.

Przyjeżdżam rano. Słyszę głosy. Lekko zirytowana, ale idę i witam się. Poznaję pana, który ma -tam- znajomych rektorów. Trzeba trzeba. Poznaję, rozmawiam, słucham. Widzę ich wszystkich lekko wstawionych i niewyspanych po nocnych rozprawach. Dowiaduję się, że jak na dizajn to do Włoch. Tam jest nauka. Postanawiam. Jeśli Bóg da – wyjadę. Podchodzę do mego oćca.

- Słuchasz tego radia?
- Tak.
- Słuchasz czasem tego pana?
- Tak.
- No to właśnie możesz go poznać.

Podaję rękę owemu „staremu zbereźnikowi”. Zostaje ona podniesiona do ust i „szarmacko” pocałowana, ale nie w dłoń, lekko w nadgarstek. Taak. Nie wiem co zrobić. Za to dostaję radiowy gadżet. Odchodzę po chwili w bezpieczne miejsce.

Idę na molo. Widzę mnóstwo ryb. Chcę się znaleźć w chłodnej, czystej wodzie.. Chcę popłynąć i nie dać się złapać. Chcę móc nie musieć. Chcę, chcę, chcę. Jednocześnie myślę, jakim poświęceniem byłby taki wyjazd. Tyle wydatków. I byłabym pozostawiona sama sobie. Ale może to i dobrze? Byłaby to też szansa na odwdzięczenie się. A tego też przecież chcę. Nic. Trzeba poczekać. Poczekam. Skoro nie mam innego celu, to czy z czegoś, co kiedyś było nie do pomyślenia, nie zrobić właśnie tego jednego, konkretnego?

Wracam, wyciągam rodzica niemal siłą. Nie rozumiem, czemu tak wcześnie kazał mi po siebie przyjechać. Jadąc po drodze, w wygodnym samochodzie, z facetem na wpół zrozumiale relacjonującym minione godziny i czując niemal wiatr we włosach zastanawiam się czy za kilka-kilkanaście-kilkadziesiąt lat, po podobnym spotkaniu nie zapytam siebie samej “Co się stało z naszą klasą?!”. Bo przecież wówczas wszystko będzie już jasne..

Już nie chłopcy, lecz mężczyźni. Już kobiety, nie dziewczyny
Młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej winy
Wszyscy są odpowiedzialni, wszyscy mają w życiu cele
Wszyscy w miarę są normalni, ale przecież to niewiele..

(…)